Zimny, deszczowy dzień, woda leje się z nieba strumieniami, a my, zmarznięte, po nieprzespanej nocy, zmuszone byłyśmy do pójścia na grę. Skargi, zażalenia? Oczywiście, ale czy któraś z nas ma odwagę sprzeciwić się groźnej i bezwzględnej kadrze? Nie ja i nie Ty, więc wszyscy siedzimy cicho. Poza tym, kto słyszał, żeby harcerz narzekał?
Z uśmiechem na twarzy i z kubkiem ciepłej herbaty wyszłyśmy z naszego obozowiska, by już po chwili dojść do pobliskiego lasu.
Punkt po punkcie, kałuża po kałuży, metr za metrem przemierzałyśmy bezkresne, mogłoby się zdawać, dróżki. Żołądki przyrastały nam do kręgosłupów, nogi uginały się z braku siłale szłyśmy dalej, wytrwale do końca, a gdy zobaczyłyśmy szósty - ostatni punkt, stwierdziłyśmy: dość! Nie można dłużej zaniedbywać organów wewnętrznych naszego ciała. Czas na obiad. Trzy pomidory, cztery parówki, niby niewiele, a jak dużo można z tego zrobić. Pół godziny i obiad gotowy, jeszcze tylko modlitwa i spełniły się nasze marzenia o jedzeniu.
Nie myślcie, że nasze życie kręci się tylko wokół jedzenia. Co to, to nie! Ale owszem, lubimy tę przyjemną czynność.
Po posiłku wracamy do obozowiska. Robimy kronikę , dziewczyny myją naczynia, a ja piszę ten artykuł.
Mery. R.
Zastęp Foka z Łowicza
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz